Marian Jechna ( matura 1959 )

Marian Jechna

Moja droga do Szkoły

Urodziłem się bardzo dawno, bo w czasie wojny, w  marcu 1941 r. w mazowieckiej wsi Brańszczyk nad Bugiem. Jesienią 1944 r. miałem zaledwie 3,5 roku, a zapamiętałem samoloty krążące wysoko nad brzozą stojącą na podwórku oraz suchary z suszonego razowego chleba jedzone w piwnicy – ziemiance zbudowanej przy ścianie domu.

Jest rok 1944. Nie mam informacji, czy już jestem " wyzwolony", czy jeszcze pod Niemcami. W Warszawie wybucha Powstanie.

Jest rok 1944. Nie mam informacji, czy już jestem ” wyzwolony”, czy jeszcze pod Niemcami. W Warszawie wybucha Powstanie.

Do podstawówki poszedłem od 6 lat. Z tej też przyczyny byłem przez całe życie najmłodszy, najchudszy i najsłabszy (fizycznie – bo z matematyki byłem zawsze w czołówce). Wszyscy moi rówieśnicy ze szkoły nawet na emeryturę przeszli o rok wcześniej, a ja miałem sam pracować jeszcze przez rok.

Do szkoły namówiła mnie sąsiadka, Marysia Stysiak (57), która właśnie przyjechała na wakacje. „Jaka wspaniała szkoła, jakie maszyny w gospodarstwie”. Ojciec nie był tym zachwycony, bo widział we mnie pomoc w pracach polowych. Miałem wprawdzie pięciu braci, ale niestety wszyscy młodsi. A czasy dla chłopów były wtedy ciężkie. Gospodarka zacofana, gleby ubogie – tylko żyto, ziemniaki, gryka, czasami owies, a sporadycznie pszenica. Ideologia socjalistyczna przyniesiona ze wschodu nałożyła na chłopów tzw. „obowiązkowe dostawy”. Z każdego hektara trzeba było oddać odpowiednią ilość zboża, mleka, żywca, ziemniaków za bardzo niską cenę, daleką od rynkowej. Jak ci nie starczyło na „dostawy”, to kup u sąsiadów, zapłać, albo „do odsiadki”. Podstawowe wyżywienie to chleb, świeże mleko, ziemniaki, a mięso od święta.

W domu na wakacjach w 1956 r. Wyprawa do pracy wszystkimi siłami. Jednego brata brakuje,

W domu na wakacjach w 1956 r. Wyprawa do pracy wszystkimi siłami. Jednego brata brakuje,

Dobrze, że miałem kochaną Ciotkę (mieszkała w Warszawie). Obstawiła ojca i mówi do mnie, pakuj się, jedziemy do Lidzbarka na egzaminy. Oboje zdaliśmy. Ona egzamin życiowy, a ja matematykę. Nasza klasa zamieszkała w starym budynku przy ul. Spółdzielców, a klasa „B” przy ul. Bieruta (obecnie Szwoleżerów). Warunki były skromne, spartańskie, ale nikomu nie było w głowie narzekać. Dzień był wypełniony pracą, nauką i ciągłym maszerowaniem między internatem, szkołą, a gospodarstwem. W I klasie, wydaje mi się, że mieliśmy 3 dni pracy w gospodarstwie i trzy dni nauki w szkole. W południe była przerwa na obiad około dwóch godzin. Maszerowaliśmy do internatu, po obiedzie obowiązkowa drzemka godzinę i znowu do roboty. Wykonywaliśmy wszystkie prace, jakie są w gospodarstwie, ale jedną zapamiętałem szczególnie. Było to ręczne sianie azotniaku. Młodzi tego nawozu w ogóle nie znają. Był czarny, pylisty i doskonale wchodził w oczy, nos i włosy. To było prawdziwe hartowanie młodych rolników. Niektórzy „mieszczuchy nie zaakceptowali tego „hartowania” i jeszcze tego dnia wieczorem wyjechali do domu.

Był jednak czas i na zabawę. To na potańcówce szkolnej na Spółdzielców uczyłem się pierwszych tańców. Wyciągnęła mnie oczywiście do tańca wspomniana już sąsiadka. Pamiętam drobny incydent z intruzami z zewnątrz. Kilku chłopaków z miasta próbowało wejść na salę. Mieliśmy z nimi „na pieńku”. Wieczorami, gdy koledzy chodzili z Bieruta na kolację na Spółdzielców odbywały się zaczepki i potyczki. Najbardziej wchodzili nam na ambicję wołając za nami „bykodoje”. Przy drzwiach zrobił się tumult i dwóch czy trzech miastowych wdarło się do holu, koledzy otoczyli ich wianuszkiem i trwają pertraktacje, lecz bez rezultatu. Ja jako najmłodszy i słabszy trzymam się w trzecim szeregu. Zjawił się dyrektor Rusin. Przemówił im do rozsądku, że tu jest zabawa szkolna i powinni opuścić teren internatu. Oni jednak nie mają takiego zamiaru. Sytuacja robi się napięta. Trwa przepychanka ręczna i słowna. W pewnym momencie dyrektor Rusin mówi: – Chłopcy brać ich! W jednej chwili znaleźli się na środku jezdni, na „kocich łbach”. Już nie wrócili. Tak mi się ta akcja spodobała, ze do dziś pamiętam.

Internat męski ze stołówką przy ul. Spółdzielców

Internat męski ze stołówką przy ul. Spółdzielców

Internat na Bieruta obecnie ul. Szwoleżerów

Internat na Bieruta obecnie ul. Szwoleżerów

Internat Żeński, ul. Lipowa 23

Internat Żeński i mieszkania nauczycieli, ul. Lipowa 23

Zdjęcia przedstawiają stan obecny budynków, wykonane w grudniu 2013 r. przez Stanisława Lewczuka

Jak się przez chwilę zastanowię, co jest przyczyną, że jestem dumny, że chodziłem do tej szkoły i że zawsze ją wspominam z pozytywnym sentymentem, i że niosę przez życie jakieś zasady , którymi mnie tam obdarzono, to odpowiedź jest prosta. Tą przyczyną są profesorowie, którzy mnie uczyli i wychowywali. To byli po prostu wspaniali ludzie. Ludzie o wysokiej kulturze, profesjonaliści w sprawach zawodowych, dobrzy pedagodzy kochający młodzież i jej życzliwi, a jak potrzeba, to po ojcowsku konsekwentni i surowi.

Pamiętam, jak profesor Wierzbicki wchodzi na lekcję chemii, podchodzi do mnie i ściszonym głosem pyta: „Ile butelek wczoraj przybyło?” Byłem odpowiedzialny w sklepiku gospodarczym za zbiórkę makulatury i butelek. Skruszony odpowiadam, że tylko jedna. Profesor klepnął mnie po ramieniu i powiedział: „ To dobrze, to bardzo dobrze.” Zrozumiałem na zawsze, jak poważnie trzeba podchodzić do swoich obowiązków, jakie to jest ważne.

Wychowawczynią naszej klasy od początku do końca była Profesor Jadwiga Wierzbicka. Na lekcjach wychowawczych rozmawiała z nami o wszystkim, w prosty sposób o sprawach trudnych czy wstydliwych. Przecież z zebranych chłopskich dzieci, głównie z całych Kurpi, miała ukształtować światłych uczciwych obywateli, dobrze przygotowanych do życia i pracy zawodowej. Między innymi pamiętam, że krawat powinien kontrastować z marynarką. I do dziś się tego trzymam. Pod koniec pierwszej klasy (1955 r.) mieliśmy wybory przewodniczącego klasowego koła ZMP (Związek Młodzieży Polskiej). Zdaje się, że profesor Wierzbicka podała moją kandydaturę i w głosowaniu zostałem wybrany. Ze łzami w oczach (ze złości) tłumaczyłem, że ja nie chcę, ze nie potrafię. Ja syn „kułaka” z „porządnej” rodziny miałbym być propagandzistą w pierwszym szeregu? Pani Profesor pogłaskała mnie po głowie i powiedziała: „ Nie płacz, będzie dobrze”. Odebrałem to jako lekcję wielkiej polityki, że jest po mojej stronie. Mam być mężczyzną, a taki wybór jest po prostu koniecznością. W 1955 roku jako 14-letni dzieciak byłem na Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie. Pozostała młodzież miała po 20 lat i znacznie więcej. Cały czas zastanawiałem się co ja tam robię?

W 1955 r. jako 14-letni chłopak, po pierwszej klasie, byłem na Światowym Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Na zdjęciu drugi od prawej.

W 1955 r. jako 14-letni chłopak, po pierwszej klasie, byłem na Światowym Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Na zdjęciu drugi od prawej.

Nie wszystkich pedagogów należy oceniać na najwyższym poziomie, ale ci słabsi byli w mniejszości i nie mieli wpływu na pozytywną ocenę całej szkoły. Szczególnie w pierwszych latach były braki w kadrze. Poloniści byli dochodzący i często się zmieniali. Dopiero pod koniec drugiej klasy przyszedł młody polonista z dyplomem, Prof. M. Jankowiak i zaczęliśmy polskiego uczyć się na serio. A mieliśmy wszyscy duże zaległości.

W czasie naszego pięcioletniego pobytu w szkole przybyło aż 12 nauczycieli i wychowawców, w tym 7 osób po studiach wyższych i 5 po szkołach średnich. Nastąpiła też dwukrotna zmiana dyrektora szkoły. W lutym 1957 roku dyrektor B. Rusin został przeniesiony do Gródek i zastąpił go prof. Józef Wierzbicki, a od 1 września 1958 r. stanowisko to objął prof. Ryszard Smoliński.

Miałem i ja swoje grzeszki i wpadki, gdy do przechodzącego wychowawcy krzyknąłem z I piętra z wyciągniętą ręką „Haj Hitla!” Na wykopkach w PGR chłopaki poczęstowali papierosem, drugiego zapaliłem w szkole i od razu zostałem przyłapany przez Prof. Dulkę. Pożegnałem się ze stypendium na jeden kwartał. Dla młodych panów mam dobrą radę. W życiu najważniejsze są dwie rzeczy. Nie palić i dobrze się ożenić. Reszta to jest pestka.

Prawdziwą nowoczesnością powiało w szkole, gdy w trzeciej klasie w 1957 r. do pracy przyszli Państwo Zapiskowie. Młodzi, wykształceni, z dyplomami z łąkarstwa. Byli bardzo sympatyczni, ale i wymagający, z ogromną wiedzą zawodową. To oni nauczyli nas dobrego łąkarstwa i zapewnili pewność w rolniczym fachu. Pamiętam jak na wiosnę mierzyliśmy z prof. Zapiskiem temperaturę różnej gleby w celu ustalenia, która nagrzewa się szybciej. Pomyślałem sobie wtedy: „To przecież normalne badania naukowe”. Przez tyle lat nie spotkałem się nigdy z negatywną opinią o Szkole. Mieliśmy po prostu wszyscy dużo szczęścia, że do tej właśnie trafiliśmy.

Podziękowania należą się pani profesor Jadwidze Wierzbickiej, która przygotowywała nas mentalnie i namawiała do podjęcia dalszej nauki na studiach wyższych. Z naszych dwóch klas zdaliśmy na Wydział Rolniczy Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie we troje: Maryla  Dopierała, Kazik Piaścik i ja. Czesiek Drężek i Stasiu Tabaka postanowili zostać duchownymi i wstąpili do Seminarium w Olsztynie,  a Janek  Wyżykowski – do szkoły  oficerskiej.

Prawie przez cały czas studiów mieszkaliśmy z Kazikiem w „czwórce” (Dom Studencki Nr 4,) na I piętrze, w pokoju narożnym. Specjalizację robiłem z uprawy łąk i pastwisk u prof. Henryka Kerna, a temat mojej pracy magisterskiej brzmiał „Porównanie odmian niektórych gatunków traw”. Trawy mieliśmy na poletkach w odległej Bęsi i trzeba było tam dojeżdżać. Pamiętam, jak profesor przed wyjazdem udzielał nam praktycznych rad. Najpierw trzeba się zorientować, czy mamy co jeść, gdzie spać i czym wrócić do domu, i dopiero brać się do pracy. Ten sam temat pracy mieliśmy we dwóch, ale mój wspólnik był wyjątkowo rozrywkowy i oporny do pracy. Nie było łatwo!

Dyplom zdałem 24.10.1964 r. i  tego samego dnia ożeniłem się. Chciałbym tu przypomnieć wszystkim młodym znane powiedzenie. „Dyplom to tylko pisemne potwierdzenie, że miałeś w życiu okazję, żeby się czegoś nauczyć”. Można było studia  lepiej wykorzystać na naukę języków i robienie  wielu ciekawych i mądrych rzeczy.

Już na początku drugiego roku studiów podpisywaliśmy z wieloma  instytucjami, ale głównie z Wojewódzkim Zjednoczeniem PGR-ów, umowy na tzw. stypendia fundowane. Oni płacili nam do końca studiów, a my „zaprzedaliśmy dusze” na cztery lata pracy dla nich po studiach. Na skromne utrzymanie wystarczało. Ja podpisałem umowę z Wojewódzkim Zjednoczeniem PGR w Bydgoszczy i tam musiałem iść na  staż. Miałem nadzieję, że warunki będą tam trochę lepsze niż pod ruską  granicą. Ale się pomyliłem… Tego roku listopad był wyjątkowo deszczowy, bo błoto na drogach było po osie, a nawet po podłogę  dwukółki. Po trzech  miesiącach poprosiłem o wykupienie przez WZ PGR w Olsztynie  i przeniosłem się do gospodarstw pod Olsztynem. Tu w kilku przedsiębiorstwach przepracowałem 20 lat, do roku 1984. Po zakończeniu stażu pierwszą prace podjąłem w Inspektoracie PGR jako rewident d/s rolnych, następnie inspektor d/s nasiennictwa i ochrony roślin, ekonomista, główny ekonomista, dwukrotnie jako kierownik zakładu rolnego, a nawet przewodniczący rady zakładowej  związku zawodowego  na etacie. Nie wspominam tej pracy najlepiej – szczególnie tej bezpośrednio w zakładach rolnych. Plany produkcyjne wyznaczane były „z góry”  i najczęściej przekraczały realne możliwości wykonania ilościowego i finansowego. W niewielkim gospodarstwie świnie stały we wszystkich możliwych budynkach, łącznie ze starą stodołą, w piętrowych metalowych klatkach. Łącznie kilka tysięcy sztuk. W czasie karmienia niesamowity kwik niósł się na całą okolicę. Przy takim zagęszczeniu inwentarza choroby szerzyły się często, a nieuniknione nawet drobne zmiany rodzaju pasz powodowały dalsze kłopoty  i choroby przewodu pokarmowego. Żywienie odbywało się mieszankami treściwymi ( zbożowymi) produkowanymi w sąsiednim zakładzie. Podawane były na mokro  ze specjalnie przystosowanych beczkowozów. W gospodarstwie była też obora na 100 sztuk krów.

Kariery w PGR-ach nie zrobiłem. Pozostały tylko wrzody na żołądku i  mary senne do dzisiaj. Ja się po prostu na takie warunki nie nadawałem.

Pozostało za to kilka dyplomów z amatorskich regat po Wielkich Jeziorach Mazurskich. Ciekawostką jest, że przez te 20 lat pracy nie miałem ani jednego dnia przerwy. Zmieniając pracę, przenoszony  byłem służbowo lub przechodziłem za porozumieniem stron.

W 1979 roku mój dyrektor sprzedawał działkę rolną 5 ha i zaproponował mi kupno. Zaskoczony i zdziwiony pomyślałem „chwilkę” i dałem się namówić. To był chyba ten jeden z niewielu dobrych interesów, jakie w życiu zrobiłem. W następnym roku dokupiłem obok dalsze 9 ha i „niechcący” stałem się rolnikiem indywidualnym. Nie przypuszczałem jeszcze, ze PGR-y za kilka lat się rozpadną. W pierwszych latach gospodarowałem po południu, w soboty i niedziele, korzystając z usług Spółdzielni Kółek Rolniczych, a wkrótce kupiłem na przetargu starą „czterdziestkę” (Ursus 4011).

Dłużej nie dało się ciągnąć na dwóch etatach i 21.09.1984 r. rozstałem się z PGR- ami, by zająć się produkcją rolną na własny rachunek. Gospodarowałem bez budynków, dojeżdżając z Olsztyna 7 km. Praca była ciężka, mrówcza, „w piątek i świątek”, ale dawała satysfakcję, bo była to „praca na wolności”. Glina była wyjątkowo ciężka, a słabiutki  sprzęt tylko „fruwał” nad nią. Później był MTZ- „Białorus” i z dzierżawami 46 ha pod pługiem. Mój trud został zauważony przez władze gminy i na dożynkach otrzymałem dyplom „Za wybitne osiągnięcia w produkcji zbóż”. Nabrałem takiej pewności siebie, że pomyślałem, że wszystko musi się udać i zasiałem 13 ha grochu. Była to totalna klęska. Groch najpierw dusił się w ciężkiej glinie, bo go przywałowałem po siewie i przyszły silne opady. To, co urosło zabrudziło, się mokrą gliną w trakcie zbioru kombajnem i nie mogło znaleźć kupca. Nakłady były wysokie, a dochody minimalne. (A w szkole uczyli, że groch lubi gleby żyzne i przewiewne, a nie ciężkie gliny…)

Uprawiałem głównie  pszenicę, rzepak, ale przy braku własnego kombajnu uprawa rzepaku po zbożach jest zawsze spóźniona i nie rokuje dobrych rezultatów. Najczęściej wynik był na „0”. W 2006 r przyszedł wreszcie czas na emeryturę i szczerze mówiąc, w samą porę. Dzierżawę musiałem oddać wcześniej, a w obecnych czasach gospodarowanie na 20 ha to już za mało, żeby się rozwijać . Przyszłość  to 100 ha i więcej.

Dzisiaj jestem na emeryturze, nareszcie na luzie. Żaden PGR  mi już nie grozi. Słucham sobie Grechuty, chodzę na spotkania miłośników astronomii i wykłady na temat czarnych dziur, super nowych i innych kosmicznych „cudów”.  Dopiero rok temu kupiłem  sobie laptopa i „zaprzyjaźniliśmy się” już na dobre. Zawsze interesowała mnie polityka, oczywiście biernie, a nie czynnie, ale jak słucham niektórych naszych polityków, to mi się „wrzody żołądka odnawiają”. Ale na wybory chodzę zawsze i jestem optymistą – wierzę, że będzie coraz lepiej. Od roku chodzę na intensywne ćwiczenia fizyczne (tai chi i inne) i oczywiście samopoczucie i forma zwyżkuje. Mówią, że żadna tabletka nie zastąpi ruchu, ale ruch zastępuje wszystkie tabletki.

Kończę, bo to rozważania uciążliwe, a świat i tak pójdzie swoją drogą.

I powiem Wam w sekrecie, że jednego tylko żal. Że już nigdy nie spotkałem tej  Dziewczynki z internatu, co miała takie uśmiechnięte oczy, jak dwie iskierki.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy ukończyli tę Szkołę. Gorące pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich profesorów, którzy nas uczyli i wychowywali.

Grudzień 2013 r.

Klasa IIa na zakończenie roku szkolnego  28.06.1956. Byliśmy pierwszym  rocznikiem 5-letniego Technikum Rolniczo Łąkarskiego. Od lewej siedzą Stanisław Drężek, Stasia Tyszko, Marian Jechna, Sabina Ciesielczuk, Bogdan Bogdanowicz, Regina Pawlukowicz, Wacław Łojko. W drugim rzędzie  siedzą kierownik gospodarstwa K. Łabęcki, prof. B. Niedbalska. pani Helena Cwikiel, kierownik, internatu, Antoni Cwikiel, pani Maria Wasilonok Kwiatkowska, prof. Jadwiga Wierzbicka, dyrektor Bartłomiej Rusin, prof. Józef Wierzbicki. Następnie stoją woźny Antoni Jazowit, Celina Bieńkowska, Teresa Górska, Genia Roman, prof. Barbara Kreutzinger, Ania Skiba, Władzia Orłowska, Teresa Jezierska, Teresa Błaszczak, Krystyna Wyrozębska, Tadek Ruszczyński, Bazyli Hryszko, Wiesiek Chludziński. Z tyłu stoją nieco niżej prof. Aleksander Niedbalski, dalej Berg, Stefan Drężek, Edek Jaroń, Heniek Kaczyński, Heniek Florek, Michał Bohdanowicz, Heniek Borucki, Piotr Prud.

Klasa IIa na zakończenie roku szkolnego 28.06.1956. Byliśmy pierwszym
rocznikiem 5-letniego Technikum Rolniczo Łąkarskiego. Od lewej siedzą Stanisław Drężek, Stasia Tyszko, Marian Jechna, Sabina Ciesielczuk, Bogdan Bogdanowicz, Regina Pawlukowicz, Wacław Łojko. W drugim rzędzie siedzą kierownik gospodarstwa K. Łabęcki, prof. B. Niedbalska. pani Helena Cwikiel, kierownik, internatu, Antoni Cwikiel, pani Maria Wasilonok Kwiatkowska, prof. Jadwiga Wierzbicka, dyrektor Bartłomiej Rusin, prof. Józef Wierzbicki. Następnie stoją woźny Antoni Jazowit, Celina Bieńkowska, Teresa Górska, Genia Roman, prof. Barbara Kreutzinger, Ania Skiba, Władzia Orłowska, Teresa Jezierska, Teresa Błaszczak, Krystyna Wyrozębska, Tadek Ruszczyński, Bazyli Hryszko, Wiesiek Chludziński. Z tyłu stoją nieco niżej prof. Aleksander Niedbalski, dalej Berg, Stefan Drężek, Edek Jaroń, Heniek Kaczyński, Heniek Florek, Michał Bohdanowicz, Heniek Borucki, Piotr Prud.

Po latach przerwy "odwilży” po październiku 1956 r. mogła wrócić nauka religii. Na zdjęciu z 19.06.1957 klasa IIIa z księdzem B. Siedleckim. Od lewej siedzą Władzia Orłowska, Sabina Ciesielczuk, Genia Roman,  Ania Skiba, Celina Bieńkowska, Teresa Błaszczak, Teresa Jezierska, Teresa Górska. Stoją od lewej Stefan Drężek, Piotr Prud, Heniek Florek, Tadek Ruszczyński, Edek Jaroń, Wiesiek Chludziński, Wacek Łojko, Waldek Rakowski, Marian Jechna.

Po latach przerwy „odwilży” po październiku 1956 r. mogła wrócić nauka religii. Na zdjęciu z 19.06.1957 klasa IIIa z księdzem B. Siedleckim. Od lewej siedzą Władzia Orłowska, Sabina Ciesielczuk, Genia Roman, Ania Skiba, Celina Bieńkowska, Teresa Błaszczak, Teresa Jezierska, Teresa Górska. Stoją od lewej Stefan Drężek, Piotr Prud, Heniek Florek, Tadek Ruszczyński, Edek Jaroń, Wiesiek Chludziński, Wacek Łojko, Waldek Rakowski, Marian Jechna.

Prace porządkowe przy nowym internacie w 1958 r. wykonują uczniowie z rocznika 1960 (matura). Od lewej Włodek Macełko, Maria Koziatek Regina Pawlukowicz

Prace porządkowe przy nowym internacie w 1958 r. wykonują uczniowie z rocznika 1960 (matura). Od lewej Włodek Macełko, Maria Koziatek Regina Pawlukowicz

W grudniu 1958 r. szkoła zorganizowała dożynki w nowym internacie. Na zdjęciu dyr. R. Smoliński podsumowuje rok w gospodarstwie szkolnym. Za stołem siedzą od prawej Józef Nasiłowski - przewodniczący Komitetu Rodzicielskiego. Stanisław Chodunaj - z-ca przewodniczącego, Powiatowej Rady Narodowej. Marian Jachna  - przewodniczący Rady Młodzieżowej.

W grudniu 1958 r. szkoła zorganizowała dożynki w nowym internacie. Na zdjęciu dyr. R. Smoliński podsumowuje rok w gospodarstwie szkolnym. Za stołem siedzą od prawej Józef Nasiłowski – przewodniczący Komitetu Rodzicielskiego. Stanisław Chodunaj – z-ca przewodniczącego, Powiatowej Rady Narodowej, przewodniczący Rady Młodzieżowej.

Na dożynkach były występy zespołu tanecznego, baletowego i "prawdziwy" obóz cygański. Na zdjęciu m.in. Genia Roman, Bogdan Kwieciński, z akordeonem Jerzy Spyra (rocznik 61), Renia Pawlukowicz (rocznik 60), Józia Falenta.

Na dożynkach były występy zespołu tanecznego, baletowego i „prawdziwy” obóz cygański. Na zdjęciu m.in. Genia Roman, Bogdan Kwieciński, z akordeonem Jerzy Spyra (rocznik 61), Renia Pawlukowicz (rocznik 60), Józia Falenta.

Józia Falenta pyta cygankę jak ją czeka

Józia Falenta pyta Cygankę jak ją czeka przyszłość. Postać Cyganki kreuje główna księgowa szkoły Stanisława Skrzyniarz, jedna z pierwszych absolwentek Technikum Rachunkowości Rolnej w Karolewie.

Wystąpił zespół mandolinistów pod batutą pana Żeleszczaka. Od lewej Marian Jechna, Teresa Górska, Genia Roman, z tyłu Ania Skiba, na akordeonie Jurek Szpyra  (rocznik 61), z gitarą Waldek Rakowski.

Wystąpił zespół mandolinistów pod batutą pana Żeleszczaka. Od lewej Marian Jechna, Teresa Górska, Genia Roman, z tyłu Ania Skiba, na akordeonie Jurek Szpyra (rocznik 61), z gitarą Waldek Rakowski.

W  szkole duże święto. Młodzież wystrojona w skupieniu słucha dyrektora. W pierwszym rzędzie Ania Skiba, Teresa Górska, Józia Falenta. Renia Zienkiewicz. Z tyłu Marysia Pietraszek. Zosia Duszak, Staś Drężek, prof, Barbara Kreutzinger, Teresa Jezierska, Genia Roman, z tyłu Sabina Ciesielczuk.

W szkole duże święto. Młodzież wystrojona w skupieniu słucha dyrektora. W pierwszym rzędzie Ania Skiba, Teresa Górska, Józia Falenta. Renia Zienkiewicz. Z tyłu Marysia Pietraszek. Zosia Duszak, Staś Drężek, prof, Barbara Kreutzinger, Teresa Jezierska, Genia Roman, z tyłu Sabina Ciesielczuk.

Nadszedł rok 1959. nasz pobyt w szkole dobiegł końca . Po emocjach egzaminów maturalnych nadszedł czas ostatnich pożegnań. Dyrektor R. Smoliński w ostatnim ojcowskim słowie do maturzystów wręcza świadectwa dojrzałości, wyróżnienia i nagrody książkowe.

Nadszedł rok 1959. nasz pobyt w szkole dobiegł końca . Po emocjach egzaminów maturalnych nadszedł czas ostatnich pożegnań. Dyrektor R. Smoliński w ostatnim ojcowskim słowie do maturzystów wręcza świadectwa dojrzałości, wyróżnienia i nagrody książkowe.

Marian Jechna dumny i przejęty odbiera wyróżnienie i życzenia.

Marian Jechna dumny i przejęty odbiera wyróżnienie i życzenia.

W duchu odprężenia, równości i poczucia wyjątkowej chwili wykonane zdjęcie klasy Va z profesorami i zaproszonymi gośćmi. Dyrektor R. Smoliński w środku otoczony wianuszkiem dziewcząt.

W duchu odprężenia, równości i poczucia wyjątkowej chwili wykonane zdjęcie klasy Va z profesorami i zaproszonymi gośćmi. Dyrektor R. Smoliński w środku otoczony wianuszkiem dziewcząt.

Tym razem dyr. Smoliński wyłącznie wąskim gronie z maturzystami 1959. Od lewej  H. Florek, J. Wyżykowski. H. Borucki, W. Łojko, B. Hryszko, W. Kowalewski.

Tym razem dyr. Smoliński wyłącznie wąskim gronie z maturzystami 1959.
Od lewej H. Florek, J. Wyżykowski. H. Borucki, W. Łojko, B. Hryszko, W. Kowalewski.

Na sali wszyscy skupieni i w podniosłych nastrojach. W drugim rzędzie po prawej moi rodzice. Mama koniecznie chciała przyjechać na maturę i obejrzeć szkołę. Od lewej siedzą Celina Bieńkowska. Anka Skiba, Irena Milanowska, dalej Zofia Duszak, rodzice, Renia Zienkiewicz, Józia Falenta, dalej Sabina Ciesielczuk, Teresa Górska, dalej Stasia Drężek i Władzia Orłowska. Po lewej stronie widoczni Kazik Piaścik, Władek Kowalewski, Marian Jechna, Józef Niksa. Na końcu widoczni prof. Mieczysław Jankowiak  i A. Zapisek. Przy rozdaniu świadectw maturalnych dyrektor po raz pierwszy zwracał się do nas per pan. Staliśmy się dorosłymi i równoprawnymi członkami społeczeństwa.

Na sali wszyscy skupieni i w podniosłych nastrojach. W drugim rzędzie po prawej moi rodzice. Mama koniecznie chciała przyjechać na maturę i obejrzeć szkołę. Od lewej siedzą Celina Bieńkowska. Anka Skiba, Irena Milanowska, dalej Zofia Duszak, rodzice, Renia Zienkiewicz, Józia Falenta, dalej Sabina Ciesielczuk, Teresa Górska, dalej Stasia Drężek i Władzia Orłowska. Po lewej stronie widoczni Kazik Piaścik, Władek Kowalewski, Marian Jechna, Józef Niksa. Na końcu widoczni prof. Mieczysław Jankowiak i A. Zapisek. Przy rozdaniu świadectw maturalnych dyrektor po raz pierwszy zwracał się do nas per pan. Staliśmy się dorosłymi i równoprawnymi członkami społeczeństwa.

Trwa jednak twórcza dyskusja co będzie dalej z tak dobrze rozpoczętym wejściem w dorosłość. Od lewej pani Zofia Smolińska, prof. Sławomir Dulko, Anna Skiba, Marian Jechna, Teresa Błaszczak, Bazyli Hryszko, prof. Eugenia Zapisek z panią Heleną Ćwikiel.

Trwa jednak twórcza dyskusja co będzie dalej z tak dobrze rozpoczętym wejściem w dorosłość. Od lewej pani Zofia Smolińska, prof. Sławomir Dulko, Anna Skiba, Marian Jechna, Teresa Błaszczak, Bazyli Hryszko, prof. Eugenia Zapisek z panią Heleną Ćwikiel.

Utwardzanie podwórka w gospodarstwie. Przerwa na pogwarkę z Jankiem Wyżykowskim i sąsiadem Włodkiem Adamiakiem.

Utwardzanie podwórka w gospodarstwie. Przerwa na pogwarkę z Jankiem Wyżykowskim i sąsiadem Władkiem Adamiukiem.

Ostatni rejs w 2003 r. Przystań "Leśna Polana" po przeciwnej stronie Mikołajek.

Ostatni rejs w 2003 r. Przystań „Leśna Polana” po przeciwnej stronie Mikołajek.